CYTAT TYGODNIA

…dla mnie: może nawet i roku.

"If you want to be a writer, you must do two things above all others: read a lot and write a lot…reading is the creative center of a writer’s life…you cannot hope to sweep someone else away by the force of your writing until it has been done to you."

–Stephen King

Posted in Literatura, Ważne | 3 Comments

CO W TRAWIE PISZCZY – GRUDZIEŃ

Czyli garść newsów.

Ukazał się kolejny numer Grabarza Polskiego, niezwykle ciekawy choćby z tego względu, że znajdziecie w nim opowiadanie Ramsey'a Campbella ("Najpierw zadzwoń") oraz wywiad z pisarzem. Do tego wywiad z Piotrem Pocztarkiem, Grahamem Mastertonem oraz Robertem Cichowlasem dotyczący książki "Graham Masterton. Opowiadania. Twarzą w twarz z pisarzem" (a TUTAJ i TUTAJ znajdziecie wywiad telewizyjny z Robertem również dotyczący tej publikacji). W numerze tym znajdziecie również…. tak, kolejny ciekawy wywiad. "Przydałby się boom na polską grozę" (no przydałby się) – rozmowa z Dawidem Kainem.  Do tego, jak zawsze, recenzje książek, komiksów, gier (F.E.A.R 3), filmów (warto przyjrzeć się całej stronie poświęconej zdjęciu dziewczyny z "Porąbanych" – miodzo!), tekst o empiko-potworze (nie karm książkowego potwora!).  Nie zapomnijcie o opowiadaniu Anety Wiśnik "Smaczny kąsek" (jeszcze nie czytałem, więc nie wiem, czy przy okazji polecić).

Wspomniałem o akcji przeciwko Empikowi; jest to przedsięwzięcie warte więcej niż krótkiej wzmianki. O co chodzi i z czym to się je? Podstawowe informacje na pewno wyłowicie z tekstu Michała Stonawskiego (wyżej wspomniany Grabarz). Wszystko sprowadza się do tego, że sieć sklepów Empik to taki literacki nowotwór w naszym kraju wysysający soki z wydawców, autorów i wszystkich innych ludzi, bez których książki nie wyglądałyby tak, jak wyglądają i nie zawierałyby tego, co zawierają. Może nie jest to jeszcze finansowa afera na miarę sprawy Optimusa, ale sprawdza śmierdzi i, zdaje się, mamy do czynienia z bardzo niekorzystnym dla twórców i odbiorców, patologicznym monopolem w świecie dystrybucji. Brak wypłat w terminach, gruba forsa za umieszczenie książek na półce z tabliczką "NOWOŚCI", selekcja dostępnych tytułów (czyli narzucanie nam gustu uwarunkowanego wewnętrzną polityką sieci) i tak dalej, tak dalej. Zapraszam między innymi do lektóry dwóch tekstów na stronie internetowej gazety Wybiór… Wyborczej (tekst pierwszy, tekst drugi) oraz na fejsbukowy profil akcji.

Zbliża się debiutancki zbiór opowiadań Marcina Rusnaka "Czas ognia, czas krwi", czekam, czekam i jestem bardzo ciekaw. Przy okazji zapraszam na stronę autora, na której dość regularnie pojawiają się całkiem ciekawe wpisy (na przykład recenzja dwóch tomów "Czarnego Wygonu" Stefana Dardy, z którą zupełnie się nie zgadzam, bo uważam, że tym razem Darda zaserwował nam literacką wydmuszkę!).

Nadchodzi premiera "Czegoś na progu", nowego projektu Łukasza Śmigla. Oby tylko tym razem cała zabawa trwała dłużej… (R.I.P, Lśnienie). Autor założył również wydawnictwo "Dobre historie". Brzmi znajomo, prawda? Przy okazji zorganizował dość interesujący konkurs, wszelkie info znajdziecie na facebooku.

Poza tym pragnę zaprezentować Wam moje najnowsze dziecko – stronę fanowską poświęconą Pawłowi Palińskiemu. Strona stawia dopiero pierwsze kroki, ale już zachęcam do współtworzenia jej. Zachęcam do korzystania z bazy recenzji (oraz dodawania do niej kolejnych linków), kupowania, czytania i recenzowania książek związanych z Pawłem. Sądzę, że warto. Dlaczego? Wszystko wyjaśniam we wpisie "HORYZONT UCIEKA". Miłej lektury!

Fanów Pawła na pewno powinien zainteresować jeden z ostatnich wpisów na jego stronie autorskiej. Drobny cytat:

Ukończona powieść "Twoje oczy rejestrują śmierć" oczekuje na decyzję wydawcy, kolejna "Schorzenie" chyli się ku końcowi. Zbiór opowiadań – zaplanowany. To tyle w kwestii postanowień noworocznych.

Nadchodzi niezwykle ciekawy rok. I to nie tylko w świecie książki. Kto ogląda trailery nadchodzących filmów, ten wie, co w trawie piszczy. W lipcu ujrzymy koniec (początek?) Mrocznego Rycerza, w grudniu wyruszymy tam i z powrotem (premiera "Hobbita", ach ten trailer, ach ta muzyka!). Do tego Ridley Scott powracający do korzeni, czyli uniwersum, w którym narodziły się ksenomorfy, predatorzy i reszta tego ścierwa. Aczkolwiek tym razem na scenę wkroczy coś nowego… i starszego niż one.

Zacieramy oczka, trzymamy kciuki i zmawiamy paciorki za wszystko, co pobudzi naszą wyobraźnię przed rzekomym armageddonem!

Posted in GRABARZ POLSKI, Konkursy, Literatura, Muzyka, Recenzje, Ważne | Leave a comment

TEN LEPSZY CZAS

Przyznam szczerze, że nienawidzę składać życzeń (zwłaszcza podczas Bożego Narodzenia), bo zawsze wydaje mi się to niezwykle tandetne i z lekka kompromitujące (zwłaszcza, gdy składa się je komuś, kto na drugi dzień znów będzie dla ciebie mendowaty i dwulicowy)… no cóż, ale chyba między innymi taka jest idea świąt, by – nawet w pokraczny i banany sposób – przezwyciężać bariery uprzedzeń, niezapomnianych konfliktów (tych świeżych także) i tym podobnych bzdur, przez które nie potrafimy współpracować i, za przeproszeniem, współżyć jako rodzeństwo, małżeństwo (tu można sobie pozwolić na dwuznaczne skojarzenia), sąsiedztwo (tu też, jeśli ktoś ma fajnych sąsiadów;)) i tak dalej. Możliwe, że ten jeden uścisk dłoni lub glonowaty pocałunek to pierwszy krok to odczucia pokoju w swoim sercu i wrzuceniu na luz czy to wobec samego siebie, czy też osób postronnych, którym, swoją drogą, często obrywa się od nas nie do końca słusznie, no sami przyznajcie.

W duchu Bożej miłości życzę więc Wam dobrych decyzji, pracowitości, umiejętności odpoczynku i rozmowy z najbliższymi, miłości na którą czekacie lub którą próbujecie przywrócić i szczęścia, dużo szczęścia. I pociechy z dzieci. I z rodziców. I z ludzi, których widzicie w lustrach (na pewno są lepsi niż sądzicie, więcej wiary w siebie!). Kolegom i koleżankom po piórze życzę oczywiście kolejnych setek tysięcy wystukanych znaków i ton zadrukowanych kartek, ładnie sklejonych/zszytych i sprzedanych z zyskiem. Życzę dobrej promocji, dystrybucji i nieopóźnionych wypłat.

I mniejszego VATu na książki, psia jego mać!

A Empikowi życzę… nie, tego nie dokończę, bo wyjdzie mi, nie daj Bóg, bluźnierstwo ;)

Wesołych Świąt!

A, i nie składajcie życzeń czytając z kartki tak jak ten Pan poniżej. Lepiej krócej, z głowy i… szczerze.

Posted in Bez kategorii | Leave a comment

Tak bardziej prywatnie (4) – Przyzwyczajenia i odzwyczajenia

Zdecydowanie za szybko się przyzwyczajam.

Po dwóch miesiącach przychodzi mi opuścić mieszkanie składające się ze średniej wielkości pokoju (chyba najbardziej polubiłem ten typowy dla kamienic, wysoko osadzony sufit), kuchni jednocześnie będącej przedpokojem i łazienki z gatunku tych, w których wszystkie użyteczne przedmioty znajdują się na jednej i tej samej orbicie człowieka stojącego w centrum (znaczy się, panie majster, mała jest). Przyzwyczaiłem się do porannych bólów głowy – takie drugie tętno; to od dawna posiadane przypomina o tym, że żyjesz, a to osobliwe o tym, że czasem żyć byś nie chciał – przyzwyczaiłem się do całodobowego spędu bydła, odgłosów za oknem, dziesiątek czerwonych świateł, sklepów z sukniami ślubnymi (po dziesięć na każdej ulicy; gdybym był homoseksualistą, poczułbym się przytłoczony). Przyzwyczaiłem się do codziennego gotowania (słowo użyte w znaczeniu zdecydowanie dosłownym) jedzenia o dość niskiej wartości odżywczej oraz do jeszcze silniejszych zgag po tymże (słodki Jezu, to naprawdę możliwe albo w moim żołądku wykluwa się ciało obce). Przyzwyczaiłem się do tego, w jaki sposób światło z odchylonej do góry lampki biurkowej rozpływało się po półce z książkami bardziej przywiezionymi w celu przetrzymywania ich niż czytania. Na tablicy korkowej przypięte różne karteczki z Ważnymi Telefonami i Ważnymi Adresami, taki sygnał dla mnie samego: jakiż ja jestem porządny, jakiż zorganizowany.

Kłamstwo czasem da się powiesić na ścianie.

W łazience zamykałem się, by rozmawiać przez telefon z moją Anią, krążyłem przed lustrem, testowałem miny, robiłem krótki spacer do kuchni po herbatę, z lekkim obrzydzeniem siadałem na sedesie oraz, znów patrząc  w lustro, czasem przypominałem sobie, jak wyglądam.

Prywatność to zabawna rzecz.

Potrzebujemy osamotnienia, aby z nią obcować, jakby była czymś wstydliwym, a nawet wręcz poniżającym. Z jednej strony: no tak, przyjęte obyczaje i tym podobne rzeczy. Nie skomentujemy na głos problemów ukochanej osoby, jeśli obok siedzi ktoś, kto by to usłyszał. Przypadkowy odbiorca może nawet nic nie zrozumieć, ale dla nas to i tak jak rozebranie się do naga. Z drugiej strony może to zakodowany strach przed śmiesznością. Nie chcemy powiedzieć do słuchawki "uwielbiam cię", jeśli wywołało by to u kogoś obok głupi uśmiech. Wtedy człowiek mógłby poczuć wątpliwości co do tego, jak brzmi, gdy brzmieć powinien zdecydowanie zmysłowo i poważnie. Traktujemy innych ludzi jak lustra, które dają najdokładniejsze odzwierciedlenie naszej osoby  albo jak maszyny odbijające nadane przez nas w  nieświadomy sposób sygnały, co miałoby udowadniać, że zupełnie naturalnie przychodzi nam robić rzeczy głupie, nudne, odrażające, bezsensowne, bolesne, destruktywne. Pokraczne.

Czasem piękne.

Tak traktujemy ludzi, zwłaszcza tych najbliższych, zapominając o tym, że nie działają na zasadzie lustra, lecz filtru, przez który przepuszczana jest nasza osoba. Filtr oddziela jedno od drugiego, przy czym warto zauważyć, że to, czym jest "jedno" i "drugie" zależy już właśnie od tego cholernego, drugiego człowieka, tego żywego drugiego ramienia gigantycznej paraboli, którą tymczasowo tworzymy w relacji JA-TY.

Dlatego chyba właśnie marzę o życiu opartym nie na parabolach, lecz punktach wspólnych. Poczynając od kanapy, na której się z kimś siedzi, na przyzwyczajeniach, marzeniach i emocjach kończąc. Chyba w życiu każdego mężczyzny przychodzi prędzej czy później taki czas, gdy stwierdza on, że całe spoiwo jego zaradności, użyteczności, wszystkich pieprzonych wizji  przez duże "w" to tak naprawdę nic nie warta papka dumy i honoru. Najdonioślejsze marzenia tracą smak i sens, rozbijają się o rzeczy prostsze, wręcz debilnie prostsze; w moim przypadku o rodzinę, w jakiej chciałbym kiedyś żyć. Gasną obrazy nagród literackich, półek uginających się od ciężaru napisanych przeze mnie bestsellerów, rozsypują w pył wizje domowych wideotek, kolekcji płyt, książek, komiksów, zaciera się widok gór w oknie, terenówka prosząca się o małą przejażdżkę po lesie koroduje, zgniata pod ciśnieniem świadomóści. Ostre niczym brzytwa stają się za to uśmiechy wymarzonych dzieci, twarz mojego synka, który przychodzi nocą i prosi o to, żebym wpuścił go pod kołdrę, buzie córek uczących się tytułowej piosenki z "Neverending strory", widok żony w siódmym miesiącu, słodko nagiej, obejmowanej nad ranem, pulsującej podwójnym życiem, tworzącej okryty aksamitną skórą, kulisty szczyt, na który wdrapuję się opuszkami palców, pomagając sobie czekanami z ust i spojrzeń.

W głowie już kładę dywany w naszym domu, poleruję klamki, dziesiąty raz ustawiam ogromną choinkę, puszczam winyle, pilnuję chorego dziecka, myję żonie włosy pod prysznicem, pocieszam ją po ciężkim dniu, ja drugi (ten piękniejszy, ten lepszy, ten dokończony), tam, w tym prawieśnie, już myślę o starości i nawet się z niej cieszę, w końcu spełniło się moje marzenie, wizja, która nigdy nie wyda się żałosna i podrzędna: odnalazłem spokój. Tam, moje starsze, bardziej doświadczone serce nie boli, nie gnije, nie łopocze ze strachu.  Szlag. Aż ciężko w to uwierzyć. Ale mam czas, w końcu to marzenie dopiero się spełni…

Przynajmniej staram się przyzwyczaić do tej myśli.

 

 

Posted in Tak bardziej prywatnie | 1 Comment

Tak bardziej prywatnie (3) – I mija listopad

I mija listopad.

Życie jest jak wódka – smakuje podle, ale i tak szybko się kończy. Człowiek niby dąży ku jakiejś skończoności, chce się określić, wyznaczyć cele, nareszcie wejść na odpowiednie ścieżki i przynajmniej łudzić się, że nimi podąża, lecz tak naprawdę przechodzi na coraz wyższe poziomy rozbijania siebie na cząstki. Naiwny byłem, myśląc, że przeprowadzka do wielkiego miasta będzie oznaczała uczynienie ze mnie czegoś na kształt naboju nareszcie wsuniętego w bęben rewolweru. Cel – przyszłość. Pal! Nic z tych rzeczy, człowiek jedynie rozdarł się pomiędzy większą ilością światów, rozbił znaczenie słowa "dom" na dwa pomniejsze, skolekcjonował nowe twarze w pamięci, nauczył się zapachu innego łóżka i innego gapienia w sufit. Duże miasto, duże możliwości – tak mówią. Dla mnie oznacza to jednak w pierwszej kolejności większy chaos i właściwie nic poza tym. Więcej nieprzytomnych pijaczków leżących na ulicach, więcej zapyziałych dzielnic i kamienic, do których lepiej nie zaglądać wieczorem, więcej karetek i szaleńców. Za oknem mojej kawalerki: jelito z samochodów, ciągłe ruchy robaczkowe, ciągłe torsje i wymiotowanie kolejnymi dziesiątkami ludzi na zewnątrz miasta i do wewnątrz.  Jeden wielki organizm który jednocześnie się pożera, trawi, wydala i odtwarza. Czy jest bardziej demoniczny, pogański i zepsuty bożek niż nekropolia?

Kolejny powrót do domu (tego przybranego), kolejny ból głowy. Znów myśl: powinieneś pisać. Powinieneś czytać. Na półce "zaczęty" Orbitowski i Koontz, nawet z czyichś książek potrafię zrobić ogryzki. Na dodatek wścieka mnie to jednoznaczne zestawienie, zwłaszcza, że ten pierwszy pisze lepiej od drugiego, ale zarabia w cholerę mniej.

Powinieneś pisać.

Znów odsunięcie od siebie ambicji, marzeń, ideologii, odłożenie ich na później. Ot, zdychający z pragnienia człowiek, który znów odmawia sobie rżniętej z grubego szkła szklanki wody. Kompletny idiotyzm, ale przecież takie jest życie. Najprościej jest położyć się i przespać kolejne kilka godzin.

Moja wyobraźnia to w tej chwili zakurzona, zakrztuszona mieszanką brudu i smaru obrabiarka nieokreślonej materii. Praktycznie wszystkie części trzeba wyjąć i wyczyścić. Niektóre mechanizmy: zepsute. Lecz nie wymienię ich na nowe, nie ma części wymiennych. Można jedynie czekać, aż zaskoczą, zregenerują się, tak więc ta maszyna to równie dobrze żywy-nie-żywy organizm. Nieboszczyk w mojej głowie od czasu do czasu podnosi powieki, łapie oddech, chce opowiadać. W głowie majaczą jakieś zdania, wyrywki, akapity. Dotknięcie klawiatury opuszkami palców oznacza walenie młotem murarskim w klosz, przez który je widzę. Przeważnie w takich chwilach pomaga przeczytanie czegoś bardzo dobrego (albo tak złego, że strach się tym podetrzeć).

Dziś karmiłem się "Nocną zmianą", niestety z dość mizernym skutkiem. Już dawno King nie był dla mnie tak "nieinspirujący". Wiecie, to głupie uczucie, gdy mistrz, bożyszcze tłumów, nagle kusi, żebyście cisnęli w niego skarpetką. Ale lepsze jego wypociny pokroju "Kosiarza traw" niż teksty z zakupionych również stosunkowo niedawno "Nawiedzin" (kochana Fabryka Słów!). Jeżeli polska groza przeżywa rozkwit, to towarzyszy mu dużo bólu i nieudolności. W powietrzu wiszą kolejne konieczne amputacje. Problem polega na tym, że do tych amputacji nie dochodzi i ciągle pojawiają się gdzieś teksty, mówiąc delikatnie, wręcz poetycko debilne i patetyczne. Tymczasem potencjalnym, prawdziwym twórcom obrywa się od recenzentów (patrzcie: Paweł Paliński) i nikt nie dba o ich promocję (również ten Pan). Za grosze kupiłem przecenione (niedocenione?) "Cztery pory mroku" (tak, cały czas Paliński) i przeżyłem szok. Oto człowiek, który pisze PROFESJONALNIE. Nieszablonowo. Płynnie. Mogę czytać to wszystko jeszcze raz i znów będę się dobrze bawił! Niestety dość łatwo przechodzi bez echa. Paliński gdzieś tam jest… i to ten moment, gdy zdanie się urywa i najlepiej jest powtórzyć jakiś jego fragment, w tym wypadku: gdzieś tam.

To trochę demotywujące, gdy stwierdzasz, że ktoś stworzył coś, z czego ty byłbyś tak dumny, że ugryzłbyś własny tyłek ze szczęścia (i dla poprawki wylizał), a mimo to nie odnosi piorunującego sukcesu. Ale w pewnym stopniu sam jest sobie winny. Nawet stronę internetową ma paskudną. Żal ściska dupę jak teściowa portfel, kropka, amen.

Ogólnie rzecz biorąc: wszystko to  jest jakieś popaprane.

Znów przystanek tramwajowy, znów zajęcia, które miały wyciskać z twojego mózgu poty, stymulować twój intelekt, a okazują się stratą czasu i czczą paplaniną. Znów kobieta prowadząca pijanego mężczyznę, co chwila zbierająca do siatki nawet najmniejsze pety, kolejną odmianę cywilizacyjnych omułków.

Jesień pełną gębą, złote liście spadają z drzew, dzieci zbierają  liście na w-f*.

Pozostaje setny raz odsłuchać "Nightcall" albo "A real hero" z "Drive'a" (jakimś zrządzeniem losu piszę dziś o niedocenionych wytworach czyjejś wyobraźni) i znów czuć się tak jak wtedy, na sali kinowej, gdzie w mroku usta siedzącej obok dziewczyny były jedną z największych zagadek; zagadek z gatunku tych, których człowiek nie pragnie rozwiązać, lecz rozwiązywać.

Tymczasem…

Moja Ania zdaje prawo jazdy. Kolejna laureatka Horyzontów Wyobraźni pojawiła się w respektowanej prasie fantastycznej (Anna Dominiczak – "Korale" w aktualnym numerze Nowej Fantastyki. Nie czytałem jeszcze, więc: nie zawiedź mnie, Autorko!). Zbliżają się pierwsze egzaminy. Na księgarskich półkach jawi się "Dallas '63" (więc wiedzcie, że z moim portfelem jeszcze się nic nie dzieje, ale na pewno się stanie), Śmigiel założył wydawnictwo (coraz bardziej podziwiam tego wrocławskiego cholernika), IO Interactice pozbawiło Hitmana głosu Davida Batesona i przygrywek Kyda (może powstanie mod pozwalający zabić osoby odpowiedzialne za ten absurd?), Hobbit się nagrywa, liście spadają z drzew, coraz-bliżej-święta-coraz-bliżej-święta (ale i tak Pepsi smakuje jakoś lepiej), więc tylko czekać na trailery Bożego Nardzenia w postaci choinek w supermarketach.

A listopad, skurwysyn jeden, jak sobie mijał – tak i mija.

 

*czy ktoś z Was jeszcze pamięta kabaret "Mumio"?

 

Posted in Literatura, Szkoda gadać, Tak bardziej prywatnie | Leave a comment

Tak bardziej prywatnie (2) – W cuda to ja…

…nie powiem co, bo to i tak bez znaczenia.

Cudzjawisko paranormalne lub potencjalne zdarzenie z różnych przyczyn nieposiadające wiarygodnego, naukowego wytłumaczenia, w kontekście religijnym przypisywane interwencji istot nadprzyrodzonych lub nadprzyrodzonej mocy.

Pojęcie cudu na zawsze zostało przykute do obrazów takich jak przywrócenie wzroku ślepcowi, zamienienie wody w wino lub nauczenie prezydenta poprawnej polszczyzny. A ja nie chcę takich cudów. Na co komu one? Człowiek widzi dziś tyle dziwów w kinie i telewizji (albo w lustrze po zażyciu LSD), że pewnie i tak by pomyślał, że to kolejny pokaz, jakiś chwyt marketingowy. Pojawił się znikąd? Pewno testują  rzutnik hologramów. Tamto, to była reakcja chemiczna, a o tym to ja gdzieś czytałem. Czysta fizyka, proszę państwa. Cud, że w to uwierzyliście. Wszystko sobie potrafimy wytłumaczyć, racjonalnie zaszufladkować, odstawić na półkę – damy głowę – w odpowiednim miejscu. Im mniej wiemy, tym bardziej chcemy publicznie udowodnić, jak wiemy dużo. Dlatego ja nie chcę takich cudów. Coś, czego człowiek nie potrafi nazwać – nie istnieje. Coś, co nazywa inaczej niż powinien – wręcz automatycznie staje się inne, a reszta dorabia sobie historie, tworząc w ten sposób misternie utkaną sieć kłamstw.

Ja chcę małych cudów, czegoś, co przynajmniej da się ogarnąć tym małym, gównianym zlepkiem tkanek, który hucznie nazywamy mózgiem, a w przypływie wiary w świat abstrakcji: umysłem. Jaźnią. Świadomością i podświadomością. Swoją drogą: nawet to byśmy sprzedali na allegro, gdyby tylko była taka możliwość. I może nawet bym się skusił, bo życie maszyny czasem zdaje się być kuszące. W sumie dwóch liczb naturalnych widoczny jest tylko wynik. Żadnego zastanawiania się nad tym, czy "5" wygląda dobrze, zwłaszcza dwa egzemplarze obok siebie. Tak, brzmi jak pieprzenie. Ale ilu z nas odpięłoby się na chwilę od gniazdka, gdyby można było to zrobić bez jakichkolwiek konsekwencji? I do tego z możliwością ponownego podpięcia, o ile wciąż tego byśmy pragnęli…

Tak naprawdę cud to rzecz tak codzienna i przeciętna, że nie sposób go zauważyć jak powietrza, którym oddychamy. Przykłady? Zmiany zachodzące w ludziach, w ich emocjonalności. Wyobraźcie sobie człowieka zadeklarowanego w czymś, wręcz zabetonowanego w swoich poglądach. Nagle pewnego dnia zmienia zdanie. Robi coś inaczej. Pod wpływem impulsu staje się lepszy. Skamieniałe serce pęka i topi się. Gaśnie chęć zysku, nadchodzi pragnienie obdarowywania innych. Wiecznie wredny i chamski sąsiad, który nigdy się do nas nie odzywał, zaczepia nas na ulicy i po dwudziestu latach pindolenia za naszymi plecami i dogryzania, szczerze życzy wesołych świąt. Albo pyta o zdrowie. Obrażony ojciec przyjeżdża do wnuków i już w drzwiach ma łzy w oczach, ten człowiek, który nigdy nie przyznawał się do błędów nagle wygląda jak chodzący, zawieszony na kościach błąd. Facet chodzący o kulach w końcu nie wytrzymuje i chce z nami porozmawiać. Nagle ta mara, którą mijaliśmy codziennie pod blokiem ma pełną smutku głębię w oczach i naprawdę uroczy uśmiech, "skąd on się wziął?", pytamy. To cud, że chce z nami rozmawiać. To cud, że nie czujemy odrazy, nie chcemy się odsunąć od tego skoszonego altety-z-przymusu z nierównymi nogami.

Tak jak inne, przeciętne i wpisane w codzienność rzeczy cuda giną pośród nieistotnych faktów, godzin zmarnowanych na bezsensowne zajęcia i tym podobnych bzdur. Inaczej byśmy je zauważali, prawda?

To drugi raz, gdy męczę klawiaturę pod szydlem "Tak bardziej prywatnie" i znów mam wrażenie, że jest to pisanie dla samego pisania, w końcu siadam przed ekranem bez żadnego konkretnego zamiaru. Pisząc, zahaczam o najróżniejsze myśli i skojarzenia, w końcu cała ta pisanina to taki emocjonalny odpowiednik defragmentacji dysku twardego, takie wyrzucenie z siebie tego, co akurat próbuje się wykluć człowiekowi z czaszki. Ot, zlepiony z marzeń, snów i strachów alien, jedno wielkie pieprzenie, bo jak inaczej moglibyśmy określić to, co czujemy w danej chwili?

Ten cały zbiór emocji i myśli, ten cały bajzel, o którym nieraz rozmawiamy z drugim człowiekiem w następujący sposób:

 

- Znów milczysz. O czym tak myślisz?

- O niczym konkretnym. Tak ogólnie.

Ironia życia polega właśnie na tym, że o tym cholernym niczym konkretnym można by pisać lub opowiadać całymi godzinami, a i tak to, co komuś przedstawimy, nie będzie żadną otwartą i zamkniętą historią, li jedynie ułamkiem wstępu, echem legendy. Czymś, co nawet nie daje nadziei na to, że usłyszymy resztę.

Gdyby spojrzeć z punktu widzenia matematyki na pojęcie cudu, doszłoby do wielu spekulacji i kłótni. Osobiście widzę uczonych dzielących się na dwa obozy. Jedni twierdzą, że cud to taki wynik obliczeń, który nie powinien mieć miejsca, a jednak miał. Inni, którym, wbrew pozorom, może być bliżej do nieco zaślepionych racjonalistów, powiedzieliby, że jeżeli równanie prawdopodobieństwa dało wynik, na który szanse były po prostu znikome: mamy już do czynienia z cudem. Pierwsi mieli by problem, bo nie mogliby odszukać drogi do wyniku, który nie mógł zajść. Drudzy spłyciliby pojęcie, w końcu wynik, na które są małe szanse, to jest wciąż możliwy, a więc logiczny i zgodny z racjonalnym punktem widzenia.

Ciekawe, za co jedni i drudzy uznaliby wrednego sąsiada, który nagle stał się miły? Czy była na to choćby mała szansa? A może wynik był zależny od tak wielu składowych, że ich mnogość niebezpiecznie zbliżyłaby go do absurdu, wypchnęła poza granice możliwości? Sąsiad zachował się nielogicznie? Kierujący nim impuls to jakieś skomplikowane zjawisko społeczne? Jedni krzyczą "mnogość składowych nie wyklucza racjonalności", inni "to nie możliwe do obliczenia i omówienia". I, zapewne, wszyscy mają rację.

Zwłaszcza ci, którzy mylą się w oczach tych będących bliżej prawdy.

W końcu ktoś zauważyłby, że takich "cudów" dzieje się tak wiele, że… to zbyt masowe zjawisko, zbyt spopularyzowany proces. I padłby słowa "cud, według terminu, to coś rzadkiego". I chyba to też byłaby prawda. Wszystkie wina w Biedronce były kiedyś wodą. Pan za kasą ma stygmaty wypalone papierosami. I tak dalej.

W końcu, jak mówił tytuł pewnego polskiego filmu, "Wszyscy jesteśmy Chrystusami".

Gdyby tak jeszcze wisieć na swoim krzyżu z godnością (lub na niewidzialnym, ateistycznym stryczku lub czymkolwiek innym, nie wiem, co ateiści dźwigają całe życie, do czego potrafią być przytwierdzeni), słyszeć, do do nas mówią tam, na dole… Słyszeć to, co my PRAGNIEMY powiedzieć.

Największe cuda powstają w największej ciszy.

Wilhelm Raabe, pseud. Jakob Corvinus

I kto z was jest w stanie podjąć ukryte wezwanie? Kto odważy się wyłączyć radio, telewizor, wieżę, schować do szuflady odtwarzacz mp3, wyłączyć komórkę, zasłonić szczelnie okna i, jeśli ktoś w ogóle to potrafi, "odpiąć od gniazdka" umysł?

Kto z Was odważy się byś głuchym, a może nawet ślepym, bo często oczy "słyszą" jeszcze więcej niż uszy?

Nikt?

Nie… nie, chyba się PRZESŁYSZAŁEM.

Posted in Tak bardziej prywatnie | Leave a comment

RECENZJE: „KSIĘGA JESIENNYCH DEMONÓW”

„Księga jesiennych demonów” Jarosława Grzędowicza zrobiła dużą furorę w roku 2003. Potraktowano ją jak objawienie i prawdziwy pokaz talentu autora. Czy było to słuszne? Prawdopodobnie odpowiedź na to pytanie dał nam los, a także rzesze czytelników domagających się dodruku. W efekcie otrzymaliśmy odświeżony zbiór opowiadań z o wiele ładniejszą, przyciągającą wzrok okładką. Co jednak znajdziemy wewnątrz?
Po pierwsze: nie jest to do końca groza. Przynajmniej nie stereotypowa, do której przyzwyczaili nas najgłośniej reklamowani prekursorzy i kontynuatorzy gatunku. Groza tekstów, które znajdziemy w zbiorze, leży w ich tajemnicy, feerii kłamliwych barw, serwowanych przez nadnaturalne moce, na jakie napotykają bohaterowie oraz w emocjonalności tychże, tworzącej jedną wielką, czasem groteskową analogię do ludzkiej natury i problemów, z jakimi borykamy się, odkąd (podobno) wypełźliśmy z oceanów i zaczęliśmy skakać po drzewach. Samotność, przemijanie, beznadziejność, dobieganie końca, bezradność – tak wyglądają tematy tworzące realistyczny trzon wszystkich opowiadań, to coś, z czym zestawiamy rzeczy fantastyczne, niewyobrażalne i otrzymujemy fantastykę. Bo słowo „groza” jest już tutaj trudniejsze w użyciu, pozwala ono zacieśnić pole, na jakim się poruszamy… lecz właśnie to pole u Grzędowicza jest trudne do zawężenia, skonkretyzowania. Tak, teksty mogą przestraszyć, niektóre opisy, sceny – pobudzić najbardziej pierwotne elementy wyobraźni, lecz czułbym się lepiej, stwierdzając, że zaliczają się one do fantastyki emocjonalnej, bez przerwy ocierającej się o horror. Czy Grzędwicz dał tutaj początek nowemu nurtowi? Oczywiście, że nie, byłoby to przesadzone stwierdzenie, lecz jednego możecie być pewni: z antologii tej wypływa tajemniczość i głęboka treść, które, mimo tego, że nie do końca uchwycone - i tak „dają po garach”.
Antologię wieńczy otwiera mężczyzny, któremu nie wychodzi w życiu dosłownie nic. Rzuca go dziewczyna, konto zieje pustką… każde, nawet najdrobniejsze zdarzenie w jego życiu, naznaczone jest pechem. Trafia przypadkowo do sklepu z artykułami magicznymi, gdzie spotyka człowieka proponującego mu rozwiązanie wszystkich problemów. Najpierw jednak tajemniczy sprzedawca pragnie opowiedzieć mu kilka historii…
I w tym momencie zaczynamy czytać pierwsze opowiadanie, jedno z najlepszych w zbiorze, zatytułowane „Klub Absolutnej Karty Kredytowej”. Bohater (szarak bez perspektyw)  w pewnym momencie staje się szczęśliwym posiadaczem karty kredytowej, którą można płacić bez końca. Reszty wam nie powiem, po prostu to przeczytajcie.
Następny tekst to „Opowieść terapeuty”. Opowiada on o psychologu, do którego pewnego dnia trafia dość nietypowy pacjent, co w efekcie staje się źródłem dziwnych wydarzeń i wielkiego zamieszania, w które wplątuje się po jakimś czasie sam Szatan i aniołowie. A Bóg? Co w tym czasie robi Bóg? Tego już nie mogę wam zdradzić.
„Wiedźma i wilk”, jakby na ten tekst nie patrzeć, jest moim zdaniem opowieścią po prostu o tym, że nie da się stworzyć idealnego partnera na życie, nie da się nad nim zapanować i poprawiać niczym rzeźbę z plasteliny. Jest to również historia o naturze, przed którą nie można uciec, czyli o czymś, co posiadamy my wszyscy, od zajęcy, lwów, psów na… wilkach kończąc.
„Piorun” za to można uznać za fanastyczno-obyczajową odpowiedź na pytania typu „dlaczego zdradziła mnie żona?”, „dlaczego mąż nie patrzy na mnie tak, jak kiedyś?”, „dlaczego nasze uczucie się wypaliło?”. Akurat mnie „Piorun” spodobał się najbardziej, bo to tekst, w którym autor bez przerwy zagląda do głów i serc bohaterów. Czyli robi coś, co pozwala nam się z nimi zżyć.
Ostatni tekst to „Czarne motyle”, którego bohaterka to samotnie starzejąca się kobieta, wdowa, utalentowana malarka i rysowniczka, a jednocześnie pozbawiona sensu życia osoba. Po kilku miesiącach niespodziewanie odpowiada na jej ogłoszenie o wynajmie części domu starzec, który okazuje się niezwykle interesującą osobą. Zdaje się, że zna się na wszystkim. Alchemia, historia, podróże, sztuka. Spragniona czyjejś obecności bohaterka zaczyna dostrzegać w nim mężczyznę, kogoś, kto mógłby zwrócić na nią uwagę, dopisać treść do jeszcze niedopełnionej historii jej życia. Za dodatkowy plus można uznać narrację opowiadania, która w połowie jest monologiem jej zmarłego męża.
Słabe punkty tego zbioru? Jak już wspomniałem wcześniej – poruszane tematy nie zostały do końca uchwycone. W niektórych tekstach kolorowość zdarzeń, może nawet (niezamierzone?) zabawne detale utrudniają wczucie się w klimat mający siać strach, zadumę. Zakończeniom tekstów brakuje charakteru, ostro zakreślonych zdań, zaskoczenia, ostatecznego wbicia czytelnika w fotel. Są zatarte, rozwiane, ulotne… Choć można doszukiwać tu się jakiegoś celu, umyślnej zagrywki autora. W końcu nie są to historie o wielkich wojnach, tajemniczych morderstwach i demonach (tytuł można uznać za mylący). Są to historie o ludziach przeżywających utratę czegoś cennego, borykających się z własnymi grzechami, ale i smutkami, poczuciem bezużyteczności. Teksty te kończą się właśnie na podobieństwo cichego westchnienia, które albo wyraża ulgę, albo bezsilność. Od początku do końca całą tą machinę napędzają uczucia bohaterów.
Czy jest to dobra antologia? Proste pytanie wymaga prostej odpowiedzi, więc mogę jedynie powiedzieć, że tak. Nic dziwnego, że jest ona uznawana za poprzeczkę, jaką wyznaczył sobie Grzędowicz, po czym obniżył loty, uciekł w stronę banalności. Nie popadł w banalność, lecz zaczął się o nią ocierać. Opowiadania zawarte w tym zbiorze może nie są genialne, ponadczasowe i oryginalne w każdym calu, lecz poruszają w barwny, pasjonujący sposób kwestie, które dotyczą nas wszystkich. Jest to fantastyka aspirująca do miana fantastyki wyższej. To nie zapychacz półek z kolorowymi, młodzieżowymi okładkami. To fantastyka na poważnie.
Ja zaś całkiem poważnie zachęcam Was do lektury.
 
Posted in Literatura, Recenzje | Leave a comment

RAPIEREM W ŁEB (1): MAGICZNE OKULARY

Żeby zdać sobie sprawę z bezsensowności wielu rzeczy, trzeba wylądować pod mostem.
            Dopiero, gdy jedzenie i suche, ciepłe miejsce stają się wartościami najwyższymi, uśpiony, pierwotny instynkt znów się odzywa. Nie martwi zbyt słaby błysk butów lub źle uczesane włosy, martwią za to i przerażają wiatr, mróz i bezpańskie psy.
Perspektywa to kwestia tak, a nie inaczej określonego istnienia.
Nagle billboardy tracą barwy i porastają mchem, drogi nienaturalnie się wydłużają, stacje metra przypominają pradawne jaskinie a bloki, wieżowce, Przybosiowe Gmachy – zbite ciasno, groteskowe baobaby, gigantyczne, puste wewnątrz drzewa. Metaforyczna dżungla miasta staje się dżunglą dosłowną, zupełnie, jakby taki menel z racji swojego menelstwa zyskał okulary rodem z „Oni żyją” Carpentera. Efekt jest nawet zabawniejszy, bo ludzie, których do tej pory widział, nie przepoczwarzyli się, nie spotworniali. Oni – nareszcie dostrzeżeni przez niego takimi, jakimi są – po prostu zupełnie zniknęli.
            I nie mówię teraz o narkotycznej wizji, lecz o będącej nią rzeczywistości. Terminologicznej, esencjonalnej rzeczywistości, którą na co dzień dotykamy tak, jak w ciemnościach nieświadomie zahacza się ramionami i butami o pajęczynę. Przykro mi, ale tak właśnie jest. W końcu rzeczywistością przejmujemy się najmniej, prawda? Teraz także nie żartuję, mimo tego, że niektórzy wyrywają się i chcą mi przypomnieć, że przecież żyjemy w czasach, w których rzeczywistość osacza nas bez naszej woli jakby podwójną, wzmocnioną warstwą niczym gigantyczna, szklana, powiększająca wszystko matrioszka. Żyjemy w czaszach, w których nie da się nie widzieć o ludzkim cierpieniu, bo radio, Internet i telewizja bez przerwy informują nas o kolejnych tragediach, poczynając od wypadków samochodowych na drogach, których, co jest możliwe, nigdy nie ujrzymy na oczy, na masowych zagładach kończąc. Bach! Aż czaszka drży o natłoku informacji, a świadomość nie jest w stanie wytrzymać… Przynajmniej tak się mówi. Jest tylko jednej problem.
            Jaka świadomość, do ciężkiej cholery? 
          Jak wspomniałem, drogi wydłużają się dzięki magicznym, menelskim okularom do tego stopnia, że mierzenie ich wzrokiem wywołuje skurcz serca i dziwne uczucie, jakby człowiek tracił na wzroście i szerokości, coraz bardziej przypominając pyłek niesiony przez wiatr. Ba. W rzeczywistości wiatr to pojedyncza myśl, a nawet strumień świadomości, który ów pyłek poniesie, gdzie mu się żywnie podoba! Uniesioną dłonią pozwolę sobie urwać wasze pytania o to, czy się naćpałem. Nie widzę lewitujących siusiaków i różowych słoni za oknem, ja z tym wszystkim wychodzę do was jak najbardziej na serio. Z całą odpowiedzialnością, o której pojęciu też kiedyś chyba wspomnę.
            Czemu wypaliłem z tym menelem?
      Zrobiłem to, ponieważ, najprościej rzecz ujmując, trzeba być zapomnianym i mieć wszystko głęboko gdzieś, aby móc dostrzec większość rzeczy takimi, jakimi są. Przykłady? Premiery w kinie. Kolejny horror, kolejna komedia romantyczna. Menela to nie obchodzi. Pewnikiem nie pamięta nazw kanałów telewizyjnych, które wielu z was jest w stanie wymienić bez problemu. Że już o serialach, trendach reklamowych i programach informacyjnych nie wspomnę. Podejdźcie do menela i powiedzcie mu, że pod Ciechocinkiem tir zderzył się z osobówką. Dam głowę, że gość jedynie wzruszy ramionami albo zrobi głupią minę. Zdarzyło się. Kolejny wynik prawdopodobieństwa uzyskany przez machinę rzeczywistości, ot co. Menel tego tak nie ujmie, nie jest świadom swojej świadomości (dobry Boże, naprawdę to napisałem), aczkolwiek widzi rzecz tak, jak trzeba. A jak te wszystkie rzeczy mają się do rzeczywistości?
W natłoku informacji potrafimy jedynie je magazynować i szufladkować, ale już badać ich naturę – nie. O ile film w kinie to jeszcze nie problem społeczny, o tyle patologiczne rodziny – o których bądź co bądź non stop opowiada nam choćby telewizja – jak najbardziej nim są. Niektórzy z was mogą mieć właśnie w tym momencie wrażenie, że zaprzeczam samemu sobie. Z jednej strony coraz bardziej chwalę postawę kogoś, kto na niejedną ważną dla nas rzecz zareaguje jedynie zmianą wyrazu twarzy, z drugiej krytykuję dzisiejszy model myślenia, który jak najbardziej do takiego neutralnego krzywienia się można przecież porównać. Już wyjaśniam.
            Menel to tylko przykład wyzwolenia się z więzienia informacji. Każdy menel myśli inaczej, bo każdy menel jest człowiekiem. Wzruszenie ramionami nie jest rozpatrywaniem źródła jakiegoś problemu. Grzebanie w śmietnikach i spacerowanie ulicami nie jest zaś formą medytacji, dzięki której można dosięgnąć prawdziwej rzeczywistości, świadomie zerwać pajęczyny i zobaczyć rzeczy, które całymi dziesiątkami lat obrastały w nie w naszym bezdennym umyśle.
            A perspektywa – to kwestia istnienia.
     I tu was mam. Z naszej perspektywy menel to człowiek oderwany od rzeczywistości, pozbawiony środków do życia, brudny, śmierdzący cwel. Przez to, że nie potrafił analizować zachodzących wokół zjawisk, nie umiał stwierdzić, przykładowo, że jeśli dalej będzie zaniedbywał edukację, to potem nie znajdzie pracy, a w efekcie wyląduje pod słynnym mostem. To wszystko fakty, oczywiście. Czy jednak to wystarcza, by w jego wypadku zanegować istnienie czegoś takiego jak racjonalizm? Natura jest na tyle przewrotna, że niektóre rzeczy menel może widzieć lepiej niż my. Można to porównać do ślepca, u którego zmobilizowany organizm wykształcił lepszy słuch i poczucie przestrzeni. Ślepiec nie powie wam, że ten budynek jest czerwony, ale stojąc u jego drzwi usłyszy trzask okiennic na drugim końcu ulicy albo wyłowi skomlenie psa z samochodowego wizgu.
I żeby móc stwierdzić, że wcale nie pieprzę trzy po trzy, marnując cenny papier, porównajcie teraz skomlenie psa do prawdziwych odczuć takich jak samotność, beznadziejność, melancholia lub potrzeba miłości. Uwaga. Poprzez „prawdziwe odczucia” rozumiem emocje, które umiemy trzeźwo nazwać i określić przed samym sobą, a nie jedynie biernie być pod ich wpływem.
Barwa domu zaś to tragedie w telewizji, premiery nowych seriali i filmów kinowych, wymienianie sobie, co jeszcze jest do zrobienia, zobaczenia, zjedzenia, może i wyrzygania. Większość ludzi zaś wyparowała, ponieważ tak naprawdę są widmami, które posilają się właśnie pulpą informacji. Widzimy ich w tym momencie takimi, jakimi są.
A są tacy, jakby ich nie było.
Nagle można stwierdzić że agent Smith z „Matrixa” braci Wachowskich to nie tylko kolejny antagonista dla bohatera, któremu z zasady mamy kibicować, lecz przejaskrawiony pierwowzór nas samych. Może nawet nie przejaskrawiony, tylko po prostu ukazany w momencie, gdy przeszedł obróbkę ostateczną, a wielka taśma produkcyjna wypluła go do kontenera nieszczęsnej rzeczywistości, o której dziś tak niezręcznie mówię.
Rzeczywistość, posłuchajcie, jak dziwnie brzmi to słowo! Nawet tak elementarny wyraz ma dziś dla nas zabarwienie abstrakcyjne, śmierdzi intelektualną dewocją.
A dlaczego drogi się wydłużały a gmachy zamieniały w baobaby w mojej wizji?
Zastanówcie się, co dzieje się w metropoliach nagle pozbawionych prądu, Internetu. Zastanówcie się, jakie to uczucie nagle nie mieć zasięgu w komórce w środku lasu. Rzeczy z pozoru prozaiczne takie jak światło w żarówce, odebrane nam, nagle wywołują panikę i poczucie beznadziejności. Jesteśmy dziećmi, którym ktoś wmówił, że wszystko dookoła to nasze podwórko, zaś gdy tracimy media lub choćby energię elektryczną, dzieje się rzecz straszna. Dzieci o zmroku wybiegają na podwórze i zdają sobie sprawę, że od progu drzwi do najbliższego drzewa jest piętnaście kroków. Piętnaście kroków! Wnioskują, że do miejsca aktualnie stanowiącego horyzont jest ich jeszcze więcej. Panikują, bo niedobrze jest im z tą świadomością.
Świadomość to niewygodna rzecz, coś jak za mały garnitur przypominający nam o tym, że mamy kończyny i tułów.
Między innymi media skutecznie z nas ów garnitur ściągają i puszczają golusieńkich w gąszcz informacji, których nawet nie potrafimy określić jako prawdziwe bądź fikcyjne, bo prawda i fałsz były w kieszeni marynarki, a nasza marynarka przecież… gdzieś się podziała i… jejku, spodnie również…
Zagubienie.
Nie zwracamy nań już uwagi tak jak na oddychanie. I nie tylko na nie. Można do zestawu dorzucić również poczucie beznadziejności i przeciętności, które – ha, znów paradoksalnie! – zasiewają w nas między innymi programy takie jak „Mam talent” (o tym za moment, bez krzyków, kochani), polskie szkolnictwo (zawsze muszę się przeżegnać, gdy piszę te słowa), media i czasem również my sami. Czemu piję do takiego „Mam talent”? Program całkiem zabawny, sam go śledziłem z uwagą, więc w czym problem?
Problem polega na tym, że każdy śpiewający pięciolatek jest tam ogłaszany przyszłym geniuszem sceny. Problem polega na tym, że tego typu programy nagłaśniają talenty i umiejętności, której najlepiej, najwygodniej jest pokazać w telewizji – taniec, śpiew, magiczne sztuczki i tym podobne. Rzeczy przebiegające w mniej widowiskowy sposób są doceniane na początku a potem i tak muszą wylecieć. Wzdychamy do kolejnych nastolatek o anielskich głosach, zastanawiamy się, jakim cudem facet połknął szafę, wyobrażamy sobie, jak by to było umieć żonglować naszą dziewczyną tak, żeby jej nie połamać… Jednocześnie szufladkujemy podobne obrazki jako rzeczy, które wzbudzają rozgłos. Rzeczy opłacalne, rzeczy cudowne, och, właśnie dostrzegliśmy magię w tym szarym świecie! Niestety nigdy jej nie odczujemy, bo raczej nie weźmiemy udziału w podobnym konkursie. Nie nasza bajka. W ogóle nie jesteśmy w bajce.
Największą porażką współczesnego człowieka nie są jego niepowodzenia i upadki, lecz uparte twierdzenie, że owe niepowodzenia i upadki były, są i będą nieuniknione.
Mamy pracę, szkołę i telewizor, z pomocą którego – dzięki ci, Boże! – wieczorami możemy karmić się kolejnymi cudami, znów przypominać sobie, że jednak istnieje jakaś magia na tej planecie. I chcemy to robić mimo wewnętrznego przeświadczenia, że takiej magii nigdy nie dostąpimy. Myślicie, że media nie znają naszych najgłębszych potrzeb? Potrzeb, o których mówi niejedna filozofia, religia? Oczywiście, że znają, nawet pragną je zaspokajać na własny sposób.
Tymczasem my jesteśmy pewni, ze ostatkiem sił brniemy wpław przez bajora gówna i szlamu w stronę rajskich ekranów, Bożych odbiorników, które nas rozbawią, pozwolą zapomnieć. Łapczywie łykamy wszystko, co dostaniemy. Tokszołową i estradową Magię, aby odczuć radość. Przerażające Informacje, aby powiedzieć sobie, jacy to jesteśmy wrażliwi, to nami wstrząsa, to nas dotyka. Jednym susem w prawdziwe gówno niby dostępujemy, za co damy ściąć sobie głowę, azylu.
Mimo tego, jak wiele dowiadujemy się każdego dnia o otaczającym nas świecie, postradalibyśmy zmysły, gdyby w tym momencie pokazano nam, jak naprawdę wygląda ten świat, jakimi prawami się rządzi i – co byłoby najbardziej przerażające – jaką zajmujemy w nim przestrzeń. Nasza w pełni określona lokacja wywołałaby szok. Tutaj nawet nie ma mowy o miejscu w konkretnym rzędzie, bo aby rzędy istniały, musi być grunt, który je utrzymuje. A co niby ma być tym gruntem? Płaszczyzna informacji, po której się poruszamy?
Dziesięć kroków do drzewa, kochani. A horyzont ledwo widać w mroku.
Wspomniane zagubienie odbija się jednak na nas na tyle, by wywołać w podświadomości chęć nazwania się i właśnie określenia w czymś, co uznajemy za rzeczywistość. W tym momencie na scenę wchodzą portale społecznościowe, które właśnie po to zostały stworzone, by szufladkować nas w gąszczu informacji, wręcz uczynić nas jedną z nich. Obraz z twarzą, tabela z danymi o pracy, wykształceniu, zainteresowaniach na Facebooku. Nagle chcemy to wszystko określić, pokolorować i pokazać innym! Kiedyś ludzie nie potrzebowali rozgłaszać wszem i wobec, jakiego zespołu piosenek lubią słuchać, jaki jest ich ulubiony film bądź życiowe motto. Pasje i zainteresowania z założenia składają się przecież na prywatność, coś, co pozwala nam być sobą zwłaszcza w momentach, gdy możemy odpocząć od widowni wszelakiego rodzaju.
Nagle istnieje jednak potrzeba rozprzestrzeniania prywatności, „zaistnienia”, zupełnie, jakby samo narodzenie się na tym świecie już nie zapewniało nam w pełni czegoś, co wyniośle nazywamy od czasu do czasu egzystencją. Neologizm taki jak Facebóg nabiera w tym momencie nowego znaczenia.
Tymczasem krąg zamyka się.
Natłok wielu zbędnych informacji osacza nas jak klosz i ów klosz nazywamy rzeczywistością. Zaś aby włączyć się w nią, musimy zostać jedną z informacji oraz je gromadzić. Do tego należy raz po raz określać się za pomocą nowych postów, linków, zdjęć (czasem identycznych i liczonych w dziesiątkach: ja na tle szafy, ja na tle komody, ja w ogródku, komentujcie!) i jest to zresztą naturalny odruch, bo wiemy przecież, że informacje wygasają i są zastępowane, a my rozpaczliwie nie chcemy wygasnąć.
Niestety, przez magiczne okulary już ledwo nas widać.
 

(pierwotnie ów tekst miał ukazać się w jednym z numerów DOZY, niestety czasopismo upadło)
 
Posted in DOZA, Literatura, RAPIEREM W ŁEB, Ważne | Leave a comment

RECENZJE: „EFEMERYDA”

Po „Siedlisku” i „Koszmarze na miarę” duet Kyrcz & Cichowlas wciąż pozostaje zaskakujący. Sama technika pisania „na spółkę” była i właściwie wciąż jest w naszym kraju rzeczą niecodzienną. Wprawdzie kolejne duety ujawniają się, lecz większość z nas dalej reaguje z zaskoczeniem na książki podpisane dwoma nazwiskami. „Efemeryda” jest kolejną tego typu pozycją, pokrętnym, syjamskim tworem, misz-maszem wizji i wyobrażeń dwóch osób. Aż dziw, że coś takiego może trzymać się kupy, prawda?

Otóż trzyma się i to całkiem mocno. Artur Gałecki, pilot pasażerskich linii lotniczych, jest, jak stwierdzicie po przeczytaniu ostatnich kart tej powieści, bohaterem niecodziennym, świetnym narzędziem w rękach autorów. Oto mamy światowca pełną gębą, spędzającego długie godziny za sterami podniebnych gigantów, zmęczonego życiem i potrzebującego czułości (zwłaszcza tej w najpierwotniejszej formie) człowieka, który z dnia na dzień odczuwa coraz większy lęk przed czymś, czego nie potrafi określić, spersonifikować. Przez dłuższy czas lęk ten jest nieokreślony, prawie że abstrakcyjny i urojony, a cały jego sens tkwi właśnie w niemożliwości wskazania wywołującego go czynnika. Gałecki widzi rzeczy, których nie ma, między innymi drzwi prowadzące do nieistniejących pomieszczeń; zaczyna bać się, że spowoduje katastrofę lotniczą. Jest to idealny pretekst do „podyskutowania” o tym, że los pasażerów samolotów zależy właśnie od pojedynczych osób, pilotów, takich jak Artur. Pilot też człowiek, może mieć zwidy, lęki, może telepać się w fotelu z przerażenia, prawda?

Cała ta książka jest jak samolot prowadzony przez szaleńca.

Pytania mnożą się bez przerwy, do tego niewyjaśnione wizje, halucynacje głównego bohatera. Akcja przyśpiesza raz po raz, autorzy serwują nam na zmianę szereg scen zwykłych i niecodziennych, wszystkie z tłem podświetlonym jednym wielkim znakiem zapytania. Zalatuje to oniryzmem. Czytając, można poczuć powiew świeżości – oto dostaliśmy grozę nie-grozę, groteskową fantastykę zahaczającą o filozofię. Coś znów ruszyło w wielkiej machnie polskiego horroru! Jest to ruch jak w maszynie, która, tkwiąc w bezruchu, nagle na chwilę (na czas czytania tej pozycji) dostała dawkę energii i zazgrzytała kołami zębatymi. Przyjemne zaskoczenie. Nie mamy oczywiście do czynienia z ideałem; natłok dziwności może męczyć oraz – co mówią wyłącznie dobre podręczniki traktujące o pisaniu prozy – działa tu złota zasada: „Jeśli coś jest dziwne za często bądź za długo, to dziwność staje się nużącą normą”. „Efemeryda” nie pada ofiarą jednostajności i przedobrzenia, wymaga jednak cierpliwości i wyrozumiałości. Natłok widziadeł, znaków i symboli to część świata Artura, a nie zjawisko wywołane przepalonymi bezpiecznikami w wyobraźni autorów. Do tego zdarza się niepotrzebny komizm, czasem rozmieniający na drobne żmudnie zbudowaną atmosferę powagi bądź grozy; można to jednak podciągnąć pod kosmetykę. Poczerniała, zmieniająca kształty maszyna z linii „Kyrcz & Cichowslas” mknie jak szalona przez gęste chmury szaleństwa, aż rozbija się prosto na naszych głowach, a my pytamy, co tak naprawdę przeczytaliśmy, czy to już koniec i dlaczego, dlaczego, dlaczego…

Nie doznałem żadnego intelektualnego orgazmu, nic z tych rzeczy.

Na pewno jednak przednio się bawiłem. „Efemeryda” to nie kalka opowieści o umarlakach, wampirach, wilkołakach i podobnych im ścierwach. Nie jest to też historia wyłącznie oparta na psychologii bohaterów, raczej nie da się jej porównać do prowincjonalnych, małomiasteczkowych prań mózgów i grzebania w głowach postaci, tak jak ma to miejsce u Kinga. Kyrcz i Cichowlas grzebią w czymś nieokreślonym, a nam pozostaje modlić się, żeby nie pogubili narzędzi.

Tym razem silnik wyje jak oszalały, obrzmiały wyobraźniolot, transporter strachów odrywa bulgoczące brzuszysko od ziemi i mknie prosto…

Do naszych domowych bibliotek.


Posted in GRABARZ POLSKI, Recenzje | Leave a comment

Tak bardziej prywatnie (1) – Co w kim siedzi?

Nigdy nie rozumiałem idei prowadzenia blogów czy to stron w celu tworzenia dzienników, swoistych elektronicznych zeszytów z przemyśleniami, cyfrowych pralni brudów, linijek wzdychaczy, rzygaczy i narzekaczy. Człowiek od razu myśli sobie (jak to przystało na cywilizowane nie-wiadomo-co), że to takie zwracanie na siebie uwagi, wychodzenie do szerszej publiczności ze swoim JA ubranym w słowa i zachęcanie w domyśle: pochylcie się nade mną, zobaczcie, jakie mam bogate wnętrze! Ile to się we mnie dzieje! Sztorm stulecia! A że bywam często ofiarą ironii losu, toteż nieraz już odczuwałem właśnie ochotę wciśnięcia w klawiaturę tych rzeczy, co to w człowieku narastają jak wrzód, pęcznieją, czerwienią się dookoła, aż wreszcie skóra pęka i na zewnątrz tryska jad czy jakaś tam inna melancholia i wzruszenie. Często zaglądam na stronę Orbitowskiego i zawsze doznaję zachwytu, z którego powodu sam się przed sobą wstydzę. Oto gość, który potrafi tak opisać najzwyklejsze, ludzkie wkurwienie i poranne wstawanie z łóżka, że masz ochotę iść po popcorn i colę, żeby tak na sucho nie klikać kolejnych wpisów; i kolejnych, i znów przewijać, i czytać jak gość narzeka, jak jemu jest źle, jak ryjowato, jak to on nie może zrozumieć siebie i tego beznadziejnie natchnionego nadzieją świata… Bo taki właśnie ten świat jest dla mnie, o tej i o tej godzinie, gdy krzywię się do ekranu monitora. Beznadziejnie natchniony nadzieją. I, jak dla mnie, najbardziej tą nadzieją pachną noce, zwłaszcza bezsenne. Wprawdzie dobro to światło, każda biblia o tym mówi, ale ciemność ma w sobie coś kojącego. W końcu plakaty na ścianach przestają przykuwać uwagę, z bliska nie widzisz tytułów swoich ukochanych książek ustawionych na półce, a pod biurkiem, przy którym ledwo się mieścisz za dnia, nagle zionie niezmierzona przepaść; przewrócenie się z boku na bok w rozgrzanej pościeli sprawia wrażenie, jakbyś był olbrzymem na błękitno-szarej pustyni. Syzyf szukający sensu życia w swoich włosach, gdy mierzwi je dłońmi, gdzieś pod poduszką albo w suficie, który akurat przeciął sztych światła zza okna.  Dzień zawsze przypomina wypłynięcie na powierzchnię, opuszczenie głębiny, w której tak mało rzeczy dostrzegałeś, że  łudziłeś się o istnieniu suchego lądu tam, na górze, czegoś, do czego może da się dopłynąć.

Oczywiście z tym lądem to gówno prawda.

Kiedyś budziłem się i żałowałem, że do tego doszło. Do smutku i bólu można się przyzwyczaić, ale poczucie porażki (dlaczego wciąż żyję?) zawsze smakuje jak coś nowego. Chyba na tym polega piekło tu, na ziemi. Teraz budzę się i odczuwam mieszankę strachu i nadziei. Co zabawniejsze, nadzieja potrafi być bardziej przytłaczająca niż jej brak. Nagle człowiek przypomina sobie, że istnieje. Że to istnienie ma cel. Ciężko jest żyć ze świadomością celowości swojego istnienia w świecie, w którym idąc wieczorem z kumplem na bezcelowy spacer, mijasz obłąkane kobiety na rowerach, a w wyludnionych sklepach pracowników stających po trzech między regałami, ot żywe ściany z bezosobowego mięsa uwieszonego na stelażach z kości, białka ich oczu nagle przyglądające się po kolei Twoim butom, spodniom, koszuli, fryzurze. Te ich pytające spojrzenia wyłapujące szczegóły. Ta zmęczona wrogość, ta pretensja tylko o to, że możesz iść tam, gdzie chcesz, bo nie harujesz TUTAJ od rana do wieczora. Ci durnie myślą, że jesteś wolny, co za bzdura, co za pieprzenie. Gdybyś był wolny, to nie szlajałbyś się bez celu, frajerze; wędrowanie od punktu do punktu dla uspokojenia myśli, odetchnięcia z ulgą i "pozbierania się do kupy" (proces, który nigdy nie jest doprowadzony do finału) to tylko krótka wyjściówka z więzienia, jakim właśnie jest życie. Nawet nie wiadomo, czym jest samo życie. Skąd my, samobójcy z urodzenia codziennie wdychający kolejną dawkę tlenu zbliżającą nas do dnia, gdy lakierki na naszych stopach będą sztuczne i wypchane styropianem, mamy wiedzieć, czym jest życie? Zwłaszcza, że o wiele bardziej fascynuje nas śmierć  i okoliczności, w jakich do niej dochodzi? Kolejny tir staranował osobówkę pod Ciechocinkiem, kolejny szaleniec rozstrzelał dzieciaki w szkole, matka wrzuciła noworodka do śmietnika, inna konserwowała swoje maluchy jak ogórki, taki mały rodzinny cmentarzyk w piwnicy pomiędzy zmywarką i pralką. I kogo obchodzi życie? Nie ma czasu na zastanowienie nad życiem, bo człowiek boi się śmierci, której nikt nie nazywa brakiem życia – wybaczcie, ale jakoś nie miałem przyjemności usłyszeć podobnego zamiennika na ulicy czy też w tym szklanym wariatkowie powszechnie nazywanym telewizją. Zapewne dzisiejszej nocy prawie, prawiuteńko znajdę odpowiedzi na te pytania i ucieszę się, nie słysząc ich, ale wierząc, że usłyszeć zdecydowanie mógłbym.

To właśnie ta cholerna nadzieja.

Najprościej jest zrozumieć złożoność samego siebie wtedy, gdy próbuje się zajrzeć do serca i umysłu drugiego człowieka. Tak naprawdę non stop to robimy, choćby wtedy, gdy zastanawiamy się, czy pani przy kasie nie orżnęła nas na dwa złocisze. Albo wtedy, gdy przyjaciółka opowiedziała nam o tym, jak to widziała naszego chłopaka z kimś tam gdzieś tam. Albo gdy rodzona matka stara nam się coś wyperswadować. Bez przerwy badamy spojrzenia, gesty i słowa, z czego te ostatnie są najgorsze, bo w szarym, codziennym życiu przypominają ochłapy rzucone pod stół. Powitania bez uśmiechu, podziękowania złożone dla zasady, przeprosiny niczym nie różniące się od czyjegoś westchnięcia. Usilne wyznania miłości, wielkie poematy na temat tęsknoty, cytaty tuwimowych, oczytanych faj, dedykacje i oklaski dla zabicia czasu. Czasem myślę, że byśmy oszaleli w tłumie, gdyby nagle każdy ściągnął maskę ze wstydu i uprzedzeń. Czy świat aby na pewno byłby lepszy, gdyby każdy mówił prawdę na temat tego co myśli i czuje?  Mniej czy więcej wojen? I czy wtedy byłaby potrzebna nadzieja? W końcu każda nadzieja wiąże się z objawieniem jakiejś prawdy… Prawda totalnie powszechna zabiłaby pojęcie siebie samej, w efekcie kłamstwo też przestałoby istnieć.

A może mielibyśmy nadzieję na to, że, daj Boże, znów zaczniemy kłamać?

I jaka to byłaby prawda o nas, o ironio?
 

Posted in Tak bardziej prywatnie | Leave a comment